Jak nie robić propagandy

Wobec festiwalowych i komercyjnych sukcesów produkcji o niewolnictwie, homofobii, kolonializmie, fanatyzmach religijnych i pedofilii w kościele, Antoni Krauze postanowił nie być obojętny. Jako, że Polacy nie gęsi i swoją narrację mają, reżyser stworzył kanoniczny obraz o nowej martyrologii narodu polskiego. Smoleńsk to brawurowe kino zaangażowane w lokalne problemy, co więcej interesujące studium psychologiczne grupy docelowej dzieła.

Obraz rozpoczyna kompilacja dłuższych i krótszych fragmentów archiwalnych przybliżających wydarzenia przed i po upadku samolotu. Między nimi poznajemy główną bohaterkę. Nina prosi redaktora dużej stacji telewizyjnej, nie bez powodu przypominającej pewną istniejącą, o przydzielenie jej „sprawy Smoleńska”. Razem z partnerem Mateuszem relacjonuje żałobę i przygląda się rodzinom ofiar.

Początkowo niewrażliwa i lekceważąca temat kobieta, zaczyna dostrzegać jak agresywną reakcję przełożonych wywołuje jej najmniejsza próba rzetelnego badania okoliczności katastrofy. Czy aby scenarzystom nie marzyło się, żeby widzowie przeżyli podobne do Niny „oświecenie”? Przemiana postaci prowadzi do nieuniknionego konfliktu z obłudnymi pracodawcami. Jak przestępca zaciera ślady po dokonanej zbrodni, tak establishment medialny stosuje dezinformacje i manipulacje. Przekaz kierowany do widza jest aż nazbyt bezpośredni. Oto żurnaliści-mafiosi występują jako współautorzy spisku.

Beata Fido wcielająca się w rolę głównej bohaterki pokazała cień dawnego warsztatu artystycznego, za który nagradzano ją w Stanach Zjednoczonych w latach 90-tych. Reporterkę gra na poziomie solidnego nisko budżetowego serialu. Wrażenie ciężkości nie opuszcza nawet na chwilę; podczas wywiadów, rozmów w klubach, picia drinków i tańca na parkiecie. Wiele scen powtarza te same sekwencje ruchów i zachowań. Kiedy nietrzeźwa pojawia się w swoim mieszkaniu i nalewa mocnego alkoholu jest mniej przekonująca od nastolatki po pierwszym w życiu piwie. Prowadzone przez nią śledztwo nie angażuje. Nie jest odkrywcze. Gęstość politycznych aluzji przykrywa wątek fabularny. Z resztą wydaje się on tylko wypełniać pustą przestrzeń. Postacie są płaskie, wydarzenia nie układają się w pogłębiony wywód.

Autorzy Smoleńska postarali się zapewnić widzom wstrząsający seans. Doznania wizualne i dźwiękowe są bardzo intensywne. Nie wiedzieć czemu kamera często drga i nieznacznie się porusza.O ile jest to do przyjęcia kiedy otrzymujemy widok z urządzenia Mateusza, towarzysza Niny, to w innych sytuacjach irytuje. Ścieżka dźwiękowa konsekwentnie trzyma się jednorodnej stylistyki. Stara się nadążać za wydarzeniami na ekranie. Ale czemu momentami posługuje się tak natarczywymi instrumentami i dużą głośnością. Jeśli film ma powstrzymywać przed zaśnięciem to na pewno nie w ten sposób.

Reżyser chętnie sięga po symbole. Mniej lub bardziej uwypuklone niosą ze sobą więcej treści niż lakoniczne wypowiedzi bohaterów. Dlatego na demonstracji przeciwko pogrzebaniu Lecha Kaczyńskiego na Wawelu widzimy młodych rozwydrzonych ludzi agresywnie wymachujących transparentami i skandujących mocne hasła. Nieokrzesana, nieukierunkowana energia kojarząca się z młodością ma wzbudzać niepokój. W pewnym momencie wśród protestujących w środku kadru wyrasta Azjata. Zohydzanie sięga zenitu. Obcy. Imigranci. Strach. Osobiście czekałem jeszcze na transwestytę. Najwyraźniej uznano, że granica groteski już zbyt blisko.

Zanim zdążymy wewnętrznie odciąć się od nastoletnich wyrostków na ekranie pojawia się zaniepokojony starszy Pan. Z klasą prezentuje swoje wątpliwości wobec oficjalnej wersji wydarzeń o katastrofie. Dziękuję Antoniemu Krauze, że w tej scenie i każdej kolejnej ustrzegł mnie przed przykrym wysiłkiem myślenia. Wachlarz figur retorycznych użytych przez twórców nie ogranicza się do sugestywnych kontrastów. W Smoleńsku pojawiają się konteksty religijne. Obejrzeć możemy pokorny rozmodlony tłum pod pałacem prezydenckim czy Rosjanina lekceważąco spoglądającego na zdjęcie księdza Popiełuszki. Sceny pisane wielkimi literami nie pozwalają się nie domyślić, której stronie bliższa jest pobożność.

Kulturę wolności i ekspresji zastępuje bierność i bylejakość, gdy sztuka nie ma ambicji podejmowania trudnych tematów i zmuszania do krytycyzmu. Dobrze więc się stało, że film powstał. Twórczość artystyczna potrzebuje punktów odniesienia, aby móc odróżnić wartościową pracę od niewartościowej. Antoni Krauze pokazał jak wziąć najbardziej kontrowersyjny temat dwudziestopięciolecia i zrobić możliwie najbardziej żałosny obraz na jaki zasługuje. Nie zmusza do myślenia, a nieudolnie próbuje hipnotyzować.

Smoleńsk jest opowieścią o międzynarodowym spisku obcych rządów i mediów mającym na celu unicestwić zdrową tkankę narodu polskiego i eliminować jego niezłomne i słuszne wartości, a katastrofa lotnicza z 10 kwietnia 2010 roku jest w prostej linii przedłużeniem zbrodni katyńskiej. 90 minut. Nie polecam.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *