Kocioł syryjski

W polityce Rosji, po Ukrainie, przyszedł czas na Syrię. Podobnie jak w poprzednich miesiącach, poszerzanie strefy wpływów ma nie tylko wymiar wojskowy. Rosyjscy publicyści i komentatorzy próbują spłycić, zdyskredytować i zniekształcić wszystko co w dyskursie o syryjskiej wojnie domowej nie jest zgodne z interesem Kremla.

W 2011 roku geneza i perspektywy konfliktu były jasne. Na fali prodemokratycznych wystąpień „Arabskiej Wiosny”, Syria była kolejnym krajem, której ulice wypełniły prodemokratycznie żądania zmiany rządu i autorytarnego ustroju politycznego. Nie sposób się dziwić. Od wojskowego zamachu stanu sprzed 40 lat, Syria rządzona jest silną ręką przez rodzinę al-Asadów. Same nasuwają się porównania z Nikaraguą doby Somozów.

Demonstracje przeistoczyły się w potyczki zbrojne, gdy przeciwko protestującym użyto najpierw brutalnej represji policyjnej, a potem wojska. Z każdym tygodniem spirala przemocy nakręcała się coraz bardziej. Przełomowym wydarzeniem było powstanie Wolnej Armii Syrii. Szeregi tzw. rebeliantów zasilili głownie zbuntowani żołnierze i oficerowie, którzy nie znieśli psychicznego obciążenia towarzyszącemu rozkazom z góry; strzelania do nieuzbrojonych ludzi, bezwzględnej pacyfikacji.

Konflikt stawał się klasyczną wojną domową, gdzie ścierają się dwie przeciwstawne wizje polityczne, społeczne i moralne; przywołajmy przykład wojny secesyjnej czy wojny domowej w Hiszpanii 1936-1939. Sytuacja skomplikowała się z czasem. Na co niewymierny wpływ miały działania państw trzecich. Małżeństwo cywilnej i wojskowej opozycji okazało się trudne w praktyce, do walki włączyli się Kurdowie, swoje trzy grosze dorzucili Irańczycy i wspierany przez nich Hezbollah oraz plejada ugrupowań islamistycznych. Skomplikowana, krwawa wojna nie cieszy się już szczególną uwagą opinii światowej i stała się ofiarą zniekształceń, tych którzy postanowili wyciągnąć korzyści ze spadku zainteresowania względem Syrii.

Stanowisko rządu i prezydenta al-Asada jest konsekwentne od początku konfliktu. Za demonstracjami stoją fundamentaliści islamscy. On broni nie tylko swojej legalnej władzy, ale przede wszystkim narodu syryjskiego przed islamskimi radykałami. Dzięki absolutnemu poparciu tej linii politycznej przez Rosję i wymiernemu wsparciu militarnemu, al-Asad walczy z rebeliantami już 5 rok. W początkowej fazie konfliktu, media zachodnie i niezależne stowarzyszenia wielokrotnie donosiły o łamaniu praw człowieka przez wojsko prorządowe. Użycie Sarinu spowodowało, że rodzą się już pierwsze dzieci ze zniekształceniami podobnymi do skutków ubocznych Agent Orange.

Władza Baszara al-Asada nie ma faktycznej legitymacji choćby w związku z tym, że pochodzi z wojskowego zamachu. Biorąc jednak pod uwagę dokonane zbrodnie wojenne można mówić o jego szczególnym braku prawa do uzurpowania sobie władzy. W związku z tym zarówno Rosjanie jak i probaasistowscy Syryjczycy starają się przenieść ciężar zainteresowania ze zbrodni autorytarnej władzy w Damaszku oraz Wolnej Armii Syrii na ISIS i tzw. Państwo Islamskie. „Kłamstwo syryjskie” polega na uproszczeniu kontekstu wybuchu konfliktu, twierdzeniu, że istnieją tylko dwie strony konfliktu; rząd-ISIS i negowaniu przypadków użycia broni masowego rażenia przez siły zbrojne Baszara al-Asada. Iluzja polega na przekonywaniu społeczności międzynarodowej, że jedynie uznanie strony rządowej i jej poparcie może zatrzymać ekspansję Państwa Islamskiego.

Niedawne zamachy w Bejrucie, Paryżu i Tunisie znów skierowały uwagę świata na islamski terroryzm. ISIS w 2015 roku przeprowadziło 50 ataków, w których zginęło ponad 1000 osób – głównie muzułmanów. Syryjski reżim próbuje rozsądnie rozegrać tę kartę, żeby wzmocnić swoją pozycję w negocjacjach z Zachodem. Obecnie naloty koalicji międzynarodowej w znikomym stopniu szkodzą wojsku Baszara al-Asada. Daleko sięga oderwanie od rzeczywistości rządów USA, Francji, Wielkiej Brytanii, a wkrótce może i Niemiec, jeśli sądzą, że mogą z powietrza „wygasić” jednego z aktorów wydarzeń i pozwolić się toczyć wojnie domowej dalej bez konsekwencji.

Wbrew próbom zanegowania tego faktu – w konflikcie bierze udział aż 5 stron; wojska wierne Baszarowi al-Asadowi, rebelianci, tzw. Państwo Islamskie, Al-Kaida (ad-Nusra), Kurdowie. Liczebność sił poszczególnych stron jest trudna do dokładnego oszacowania. Mówi się o 200 tyś. żołnierzy prorządowych i około 100 tyś. rebeliantów z czego najwięcej w Wolnej Armii Syrii, reszta w ponad 1000 różnych organizacji. Również fundamentaliści islamscy stanowią niejednorodne środowisko. W 2013 roku szacowano, że ISIS skupia tylko ok. 12 tyś. osób. Obecnie mówi się, że ich siły przewyższają rebeliantów. Dla dodatkowego utrudnienia dodajmy, że obok ISIS działa, również przewyższający liczebnością rebeliantów, Front Islamski (Syryjska Rada Dowództwa Rewolucyjnego) – śmiertelny wróg Państwa Islamskiego. Rozłam wśród islamistów rozpoczął się, gdy bojówki wierne Al-Kaidzie nie podporządkowały się kierownictwu ISIS.

Aktywny udział w wojnie domowej biorą też Kurdowie. Ich siły, podobnie jak poprzednich stronnictw, nie mają jednolitego dowództwa, ale zdają się być najlepiej zjednoczone wokół wspólnego celu – wyzwolenie wszystkich syryjskich terenów zamieszkałych przez Kurdów. W ten sposób, podobnie jak ISIS, ustanowili na północy Syrii, własne państwo w państwie. Ich desperacka walka z Państwem Islamskim wzbudziła światowe zainteresowanie podczas beznadziejnej, ale ostatecznie wygranej obrony miasta Kobane. Kurdowie wynoszą też relatywnie największe korzyści z nalotów amerykańskich w Syrii.

Oprócz trudnej do oszacowania liczebności i struktury walczących stron, słuszne obawy, budzi spojrzenie na mapę Syrii w konflikcie (co ciekawe, regularnie aktualizowanej na www.wikipedia.org). Najbardziej zurbanizowane tereny na zachodnie razem z wybrzeżem zajmują siły prorządowe, Aleppo i tereny wokół stanowią twierdzę rebeliantów, w interiorze trwa konkurencja ISIS z Frontem Islamskich, w której to przeważają Ci pierwsi, na północnym wschodzie istnieje quasi-państwo Kurdów.

Dobre stosunki Rosjan z rządem al-Asadów zostały „odziedziczone” po państwie radzieckim. W zamian za wsparcie ekonomiczne i wojskowe, rosyjska flota posiada dostęp do portu wojskowego w Latakii. Biorąc pod uwagę fakt, że gospodarka Rosji nie jest tak operatywna jak ZSRR, potencjalne korzyści ekonomiczne schodzą na drugi plan. Najważniejsze są względy wojskowe, czyli baza w Latakii i potencjalne rozszerzenie obecności wojskowej w tej części świata oraz poparcie syryjskie na forach organizacji międzynarodowych.

Podejrzewać Putina, że chce przywrócić geopolityczne znaczenie Rosji do poziomu co najmniej „zimnowojennego” balansuje na granicy rozumu i psychozy. Bardziej pragmatycznym byłoby stwierdzić, że Kreml potrzebuje zwycięstwa Baszara al-Asada, by dalej szachować militarnie Turcję, Europę i NATO. Wszystko wpisuje się w toczący konflikt na wschodzie Ukrainy, uznanie aneksji Krymu, spór z Unią Europejską i Stanami Zjednoczonymi. W obliczu takich przesłanek; spacyfikowana, autorytarna, biedna, ale wyposażona w broń biologiczną, chemiczną i rosyjską bazę marynarki – Syria, jest wymarzonym klientem Federacji Rosyjskiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *