Moja przygoda z „życiem w komunie”

Jak to bywa w szkołach…  Koniec roku jest zazwyczaj batalią o podwyższenie sobie ocen i zapewnienie jak najwyższej średniej. Uczniowie często starają się wymusić na bezbronnych nauczycielach podwyższenie oceny o jedną w górę. Jestem jednym z nich i ta walka o oceny zamieniła się w moim przypadku w małą podróż w głąb samego siebie.

Oceny wybłagać, wyprosić czy wymusić uczniowie próbują na wiele sposobów.

Metoda na „proszenie i negocjacje” to domena mało kreatywnych, są jednak specjaliści od szantaży „gniewem rodziców”, inni chcą wymusić na nauczycielu poczucie winy a najbardziej zdeterminowani potrafią nawet wymusić rzewny płacz przy biurku (świadkiem takiej sytuacji byłem dzisiaj).  Nauczyciele jednak znaleźli sposób na to by wilk był syty i owca cała. Sposobem na „spławienie” uczniów są coraz częściej różne prace dodatkowe i poprawy. Na te drugie wielu się nie zgadza mówiąc, że w czerwcu to już za późno i nie czas, jednak ta pierwsza metoda jest bardzo chętnie używana.

Na pewno wiele osób czytających ten wpis, do szkoły chodziło dawno temu, ponieważ moja notka jednak jest skierowana do szerokiego spectrum odbiorców wytłumaczę pokrótce na czym „prace dodatkowe” polegają. Jest to nic innego jak nakaz produkowania przez ucznia dużej ilości plakatów tematycznych, przygotowywanie prezentacji multimedialnych, prelekcji bądź pisanie artykułów, rozprawek i esejów. Wielokrotnie nauczyciele zadają te zadania pod kątem wykorzystania ich przez samych siebie na lekcjach. Można powiedzieć, że żądza posiadania wyższej oceny czyni uczniów darmową i sprawną siłą roboczą (nie sugeruje, że żądza wyższej oceny to coś złego).

Ja również stanąłem w wyścigu szczurów do lepszej oceny. Co jeszcze ciekawsze, bo z najbardziej wątpliwego w szkole przedmiotu … religii. Niezależnie od stosunku do niej choćby dla świętego spokoju na niego uczęszczam. Poprosiłem panią nauczycielkę o możliwość podniesienia oceny z 4 na 5 i dostałem „zlecenie”. Rozprawka o bardzo ciekawym temacie „Żyć w komunii z Bogiem”, to moje zadanie. Od razu zacząłem się zastanawiać nad jego znaczeniem. Domyśliłem się, że chodzi na pewno o życie w świętości, po chrześcijańsku. Jednak uznałem, że jest to pojęcie bardzo „płaskie”, niewyczerpujące do końca tematu. Bo skoro żyć w komunii z Bogiem to żyć według jego poleceń, samemu zachowując świętość, to czemu nie „żyć w komunie z Bogiem ? Komuna to słowo niemalże równoznaczne z kolektywem, a przecież to słowo oznacza grupę ludzi związanych wspólnym działaniem, są zespółem. Jeśli Bóg jest naszym ojcem, a my jesteśmy jego dziećmi to jesteśmy rodziną. Moim zdaniem rodzina to taki zespół, którego wspólnym działaniem i jednocześnie celem jest pomaganie sobie w przejściu przez życie. Jeśli idziemy dalej tym tokiem myślenia i zakładamy, że Bóg nas kocha, to przecież zależy mu na naszym przejściu przez życie byśmy mogli do niego dołączyć. My również jako ludzie chcemy godnie przeżyć życie, w każdym z nas drzemie taka wewnętrzna potrzeba sprawienia czegoś, co pozwoli nam mówić o sobie, że jesteśmy dobrymi ludźmi, a to da nam tylko dobre przeżycie własnego życia. Można powiedzieć, że dokonałem wielu nadinterpretacji i nieco za bardzo rozszerzyłem pojęcie kolektyw czy komuna, ale czy to nie piękne i nieco zabawne, że temat, którego się nie czuje staje się częścią jakiś głębszych przemyśleń i właściwie jedna z dziesiątki takich prac dodatkowych jakie mam do wykonania staje się w jakimś sensie wyjątkowa, ponieważ dotyka ciekawej części człowieka, jaką jest stosunek i wyobrażanie kontaktu człowiek-Bóg.

1 Comment

  1. Życie to ciągły kontakt z Bogiem, z Jego dziełami i stworzeniami. On jest w kwiatach, drzewach i zwierzętach, w szumie wiatru i w ulewnym deszczu. Spotykamy go codziennie w każdym człowieku tylko czy to widzimy i czy chcemy to zrozumieć?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *